Są w życiu chwile, które wydają się zwyczajne – krótki lot, uprzejma rozmowa, przelotny komentarz – ale jakoś zostają z nami na zawsze.
Dla mnie wydarzyło się to we wtorek rano, gdzieś między Chicago a Denver, na wysokości 9000 metrów nad ziemią.
Pracowałam bez przerwy od miesięcy, wciągając się w terminy, spotkania i niekończące się listy zadań do wykonania, które zdawały się mnożyć szybciej, niż byłam w stanie je odhaczać. Kiedy więc w końcu zarezerwowałam sobie weekendowy wypad, dokonałam jednego, bardzo przemyślanego wyboru: miejsca przy oknie .
Nie środkowe miejsce wciśnięte między nieznajomych. Nie miejsce przy przejściu, gdzie byłbym potrącany za każdym razem, gdy ktoś przechodził. Pragnąłem tej małej, prostej radości obserwowania przepływających pode mną chmur – mojej małej ucieczki od świata, który nigdy nie przestawał domagać się mojej uwagi.
Kiedy wsiadłam i zajęłam swoje miejsce, szum kabiny wydawał się dziwnie spokojny. Wcisnęłam torbę pod siedzenie, wzięłam głęboki oddech i poczułam, jak napięcie całego tygodnia zaczyna ustępować.
Jednak pokój, jak często przypomina nam życie, jest kruchy.
Prośba, która wszystko zaczęła
Właśnie zaczynałam się odprężać, gdy do mojego rzędu podszedł mężczyzna z małą córeczką. Nie mogła mieć więcej niż siedem, może osiem lat – błyszczące oczy, warkoczyki, taka energia, że człowiek uśmiecha się, nie zdając sobie z tego sprawy. Wdrapała się na środkowe siedzenie obok mnie, a jej mała buzia rozpromieniła się, gdy zobaczyła okno.
Potem światło zgasło tak szybko, jak się pojawiło. Zdała sobie sprawę, że nie będzie siedzieć obok niego.
Czytaj dalej…
Leave a Comment