Tej pierwszej nocy spały na zniszczonych kocach rozłożonych na klepisku, nasłuchując odgłosów owadów i odległych zwierząt wołających w ciemność. Mała Rosa niespokojnie poruszała się we śnie. Teresa leżała bezsennie, obserwując unoszące się i opadające piersi córek, zastanawiając się, czy sama siła kobiety może podtrzymać całe życie.
Przed świtem przywiązała Rosę do pleców wyblakłym szalem, wzięła jedyne narzędzie, jakie posiadała – zniszczoną motykę – i wyszła na zewnątrz.
Pracowała tak, jakby każde uderzenie ziemi było modlitwą. Łatała dziury skrawkami drewna, wbijała gwoździe obolałymi dłońmi, centymetr po centymetrze oczyszczała się z lat zaniedbań. Pot przesiąkał jej ubranie. Pęcherze rozcinały jej dłonie. Mimo to nie przestawała.
Po kilku dniach zaczęli się pojawiać sąsiedzi — nie po to, by pomóc, lecz by obserwować.
Oparli się o płot, skrzyżowali ramiona i obserwowali, w jaki sposób ludzie patrzą na powolną, nieuniknioną porażkę.
Pierwsza przybyła Doña Petra, z twarzą stwardniałą od dziesięcioleci pod wpływem słońca i rozczarowań.
„Jesteś nowym właścicielem?” zapytała.
Teresa skinęła głową, nie przerywając pracy.
Leave a Comment